wtorek, 11 kwietnia 2017

Goooooooood morning, Vietnam! Hey, this is not a test! This is rock and roll! Time to rock it from the Delta to the D.M.Z.!
Domyślacie się już pewnie, gdzie dziś będziemy podróżować... Do Wietnamu, kraju, który w Polsce znany jest dzięki wojnie i filmom o niej, a dla starszych palących czytelników, również dzięki papierosom, które swego czasu nie były na kartki.

Dlaczego akurat Wietnam? Wiecie ile razy musiałem odpowiadać na to pytanie, gdy zdradzałem cel swojej podróży?
Od kilkunastu lat zbieram umundurowanie i wyposażenie wojsk amerykańskich z okresu konfliktu wietnamskiego, a od kilku również udzielam się w rekonstrukcji tego okresu  i uważam, że tak jak każdy muzułmanin musi chodziaż raz odwiedzić Mekke, tak każdy rekonstruktor, choć raz powinien pojechać do Wietnamu.
Czy jechać z biurem podróży, czy organizować sobie wyjazd samemu? Z biurem podróży wszystko jest załatwione, zorganizowane i zabezpieczone, wszystko poza kieszonkowym i biletami do muzeów, których nie brakuje.
Wyjazd organizowany samemu niesie za sobą pewne niedogodności, choćby załatwienie sobie wiz do Wietnamu, ale ma też dużo plusów. Nie jest się ograniczonym programem wycieczki, można zwiedzać co się chce i kiedy chce , spać tam gdzie jest taniej, no i najważniejsze, wycieczka organizowana samemu jest o około 1000 USD tańsza od wycieczki z biura (21 dni z biura, kontra 23 prywatnie).
Przed wyjazdem warto również się zaszczepić, nie ma obowiązku, ale ryzyko wystąpienia żółtaczki A i B, polio, tężca jest znakiem, że warto poddać się szczepionce. No ale dość wprowadzenia, w drogę!

Pierwszym, niesamowitym przeżyciem był sam start i lot samlotem. Ci, którzy to przeżyli, wiedzą o czym mówię, pozostałym nie będę opisywał, niech przeżyją to sami.
Nie będę wspominał o „rozbiciu” barku Skyshop, o poczęstunku nudlami przez stewardessy, wspomnę tylko, że kiedy przelatywaliśmy gdzieś nad Afganistanem, a cały samolot spał postanowiłem pooglądać widoki za oknem. Nie mogłem się od nich oderwać, kiedy stanął  nade mną steward i poprosił o zasłonięcie okna, odpowiedziałem mu na to, że nie mogę bo za oknem jest tak pięknie.
Pięknie? Zwykły widok, odpowiedział steward. Proszę pana, dla pana to jest chleb powszedni, lata pan codziennie, a ja lecę pierwszy raz i jest to dla mnie niesamowity widok i przeżycie. Steward zniknął, po chwili wrócił i mówi: Włączyłem dla Pana wizualizację naszego lotu, by mógł pan widzieć gdzie jesteśmy. I rzeczywiście, tam gdzie zwykle wyświetla się filmy, zobaczyłem mapę świąt i mały przesuwając się samolocik.

Wylądowaliśmy w Hanoi (ja i mi podobni zapaleńcy), przeszliśmy wszystkie procedury  i pierwszy raz wyszliśmy na wietnamską ziemię. Mógłbym teraz zacząć rozpisywać dzień po dniu, godzinę po godzinie, ale kto z Was by to przeczytał do końca... także skupię się na planie wycieczki i ważniejszych miejscach/wydarzeniach.
Hanoi okazało się chłodniejszym miejscem, niż Wietnam jaki sobie wyobrażałem, ale mimo to było ciepło, za to ludzie o wiele cieplejsi. Zarówno ci w hotelu, jak i ci spotkani na ulicy.  Kto z nas zaprosiłby obcych ludzi kupujących piwo w sklepie jego rodziców na skromną kolacje i długą pogawędkę (pozdrowienia dla pani Kasi, niestety Wietnamskiego odpowiednika imienia zapomniałem)?
W samym Hanoi warto zwiedzić starsze części miasta, oczywiście muzeum wojny, a dla prawdziwych „maniaków” poszukiwania szczątków zestrzelonych bombowców amerykańskich będą istną frajdą.

Hanoi to też dobry punkt wypadowy do zatoki Ha Long, by zwiedzić znajdujące się tam jaskinie, zobaczyć „Zęby Smoka” i rozkoszować się niesamowitymi widokami. Wizyta w zatoce może być jednodniowa, ale dla wilków morskich jest możliwość nocowania na łodzi.










Na północy można też odwiedzić miejsce francuskiej porażki pod Dien Bien Phu, jednak my tego nie uczyniliśmy i po kilku dniach w stolicy Wietnamu wsiedliśmy w samolot i polecieliśmy do dawnej stolicy Hue.

Mój drugi lot samolotem, widoki równie piękne, a po wyjściu na płytę lotniska szok. Ktoś rzucił we mnie wilgotną, gorącą szmatą. Znalazłem się w Wietnamie jaki sobie wyobrażałem.
Z lotniska do hotelu dostaliśmy się taksówką, która również była zamówiona z Polski.  Na miejscu okazało się iż pokój, w którym mamy mieszkać nie ma okna, więc zagroziliśmy przeniesieniem się do innego ( nie ma z tym żadnego problemu, jeden hotel stoi obok kolejnego, także bez problemów znajdziecie coś dla siebie), co poskutkowało obniżeniem ceny i przeniesieniem do pokoju z oknem.

Co warto zwiedzić w Hue? Wszystko, a na pewno cytadelę, o którą w 1968 roku, toczyły się ciężkie walki, jak i o całe miasto. Jest to również doskonały punkt wypadowy do DMZ (strefy zdemilitaryzowanej z czasów konfliktu), w której punktem obowiązkowym jest  Khe Sanh, dawna baza amerykańskiej Piechoty Morskiej (Wietnamczycy prężnie ją odbudowywuja, także z roku na rok można zobaczyć więcej), a także do kompleksu tuneli w Vịnh Mốc.





Będąc w Hue, postanowiliśmy wybrać się również na Hamburger Hill, wzgórze, o które walczyła 101 Dywizja Powietrznodesantowa w maju 1969 roku. Nazwa wzgórza wynika z ilości strat poniesionych przy jego zdobywaniu.
I podczas tej wycieczki mieliśmy kolejną przyrodę wartą wspomnienia, a mianowicie po dojeździe gdzieś w okolice wspomnianego wzgórza (kierowca z hotelu nie tylko nie znał angielskiego, ale również terenu) zostaliśmy zatrzymani przez lokalne władze i poinformowani, że nasz cel jest niebezpiecznym miejscem dla turystów i nie możemy dalej jechać. Możemy się tylko rozejrzeć po okolicy wioski, w której zostaliśmy zatrzymani.
Tak blisko, a tak daleko, co robić, wysiedliśmy z samochodu i poszliśmy na spacer po okolicy, w końcu w Polsce tego nie zobaczymy. Po około 20 minutach spaceru otrzymałem telefon z hotelu (pierwsza rzeczą po wyjściu z hotelu w Hanoi, była wymiana pieniędzy i zakup kart prepaid) o tym, iż jesteśmy w dużym niebezpieczeństwie i musimy natychmiast wracać do samochodu.  Nie bardzo wierząc w to niebezpieczeństwo, wróciliśmy do miejsca gdzie powinien na nas czekać kierowca. I tu kolejna niespodzianka, kierowca czekał z dwoma smutnymi panami, z którymi pojechaliśmy na lokalny posterunek.
Tam po zamknięciu za nami bramy na kłódkę, spędziliśmy około godziny, podczas której nasz kierowca był a to zapraszany do środka, a to znów odsyłany na zewnątrz, za każdym razem ze smutniejszą miną. W końcu po godzinie niepewności ruszyliśmy za kolejnym smutnym panem , który wyglądał jakby miał się upewnić, czy na pewno pojedziemy do hotelu. Niestety, odprowadził on nas  na kolejny ( chyba bardziej ważny) posterunek, na którym spędziliśmy kolejne dwie godziny, a nasz kierowca musiał sam sobie wypisać mandat. 1 000 000 dongów!!! Po tym akcie samokrytyki mógł już nas odwieść do Hue.






Po powrocie do hotelu, dopytaliśmy recepcjonistkę o co poszło. Ta jednak nie umiała nam wyjaśnić sprawy, ale powiedziała, że kierowca nie tylko został ukarany mandatem, ale także stracił uprawnienia do kierowania/przewożenia osób na trzy dni. W feralnej wyprawie brało udział 11 osób nie licząc kierowcy, a że mandat był winą także naszą,  każdy wyciągnął 100 tysięcy dongów (20 000 to wtedy 1 USD) i wręczyliśmy 1 100 000 kierowcy. Nie wiem czy widziałem w życiu weselszego człowieka.
Kiedy po kilku dniach znów poprosiliśmy recepcjonistę o organizacje dla nas samochodu, ta poprosiła byśmy tym razem jednak zrezygnowali z zakładania na wyjazd “zielonych” rzeczy.

W Hue, podobnie jak w Hanoi, spędziliśmy kilka dni i ruszyliśmy w dalszą drogę. Tym razem nocną !!! Hue-Nha Trang.
I tu ciekawostka, zarówno wchodząc na peron kolejowy, jak i wychodząc z pociągu trzeba mieć bilet, gdyż na stacji docelowej, na peronie jest on również sprawdzany.

Co zobaczyć w Nha Trang? Wszystko! A na pewno warto wybrać się do parku rozrywki Vinpearl, zobaczyć plaże i dowiedzieć kilka miejscowych klubów. Osobiście polecam drinka Oasis Bucket, w klubie Oasis, jako że jest prowadzony przez Australijczyków, ma też jedną z lepszych i czystszych toalet.
Nha Trang, to tez świetna baza wypadowa na płaskowyż centralny, Kontum, Pleiku, jak i Da Lat. Górska miejscowość z rezydencją ostatniego cesarza Wietnamu, Bao Dai’a. Miejscowość warto zwiedzić również ze względu na malownicze położenie, kolonialną architekturę i miejscowy rynek, na którym można zobaczyć najbardziej kolorowe owoce i najdziwniejsze zwierzęta oraz owoce morza. Na miejscu zjedliśmy zupę Pho, wietnamski przysmak  i zakupiliśmy na drogę kandyzowane owoce.








Droga powrotna na wybrzeże była o wiele bardziej emocjonująca, niż w góry. Z paru powodów. Wracaliśmy kiedy zaczynało się już ściemniać, zaczął padać deszcz, niebezpieczniej jest zjeżdżać w dół, a kierowca poczęstowany kandyzowanymi owocami, nie wiadomo czy przez nie, czy przez sms’a od żony, gnał na złamanie karku.
W pewnym momencie bus podzielił się na dwie frakcje, tą, która chciała wysiąść lub w najgorszym wypadku żądała znacznego zwolnienia i tą, do której należałem ja, która dawała kierowcy kolejne kandyzowane owoce i liczyła wymijane samochody. Dla mojej frakcji, każdy postój był utratą cennych sekund i miejsc w “wyścigu”.
Czytając te slowa, domyślacie się że “wyścig” ukończyliśmy, jednak ponieważ grupa niezadowolonych z jazdy była większa, poza owocam zjedzonymi po drodze, kierowca nie dostał żadnego napiwku.


Następnym przystankiem naszej podróży miał być Sajgon czyli Ho Chi Minh City, jednak okazało się, że jeden z nas ma kuzyna w Mui Ne, a ten prowadzi pensjonat i można się tam zatrzymać. Tak więc ruszyliśmy w drogę…sleepingbusem, czyli autokarem, w którym nie ma miejsc siedzących poza dwoma na przodzie, a pasażerowie leżą na piętrowych leżankach. Leżanki te zostały jednak przystosowane do wzrostu Wietnamczyków i osoby wysokie miały ograniczony komfort podróży.

Mui Ne, to resort z prawdziwego zdarzenia, miejscowość położona po dwóch stronach  drogi prowadzącej do Ho Chi Minh City i ciągnącaj się wzdłuż wybrzeża. Czysto turystyczna i wypoczynkowa, bez atrakcji architektonicznych, ale uznaliśmy to jako przystanek i trzy dni czystego relaksu.  Plaża, morze, pensjonat, basen, restauracja i tak na zmianę. Odkryliśmy tam przesmaczny rum z limonek w cenie 90 000 za 0.7 l, a także sok z liścia aloesu, działający łagodząco na oparzenia słoneczne, których nabawiliśmy się po całym dniu zabawy w basenie.
Kiedy po trzech dniach  szliśmy na przystanek autobusowy, aby dokończyć naszą podróż do Sajgonu, niosłem swój bagaż na głowie, bo było to jedyne miejsce, które nie piekło, tak więc używajcie kremu z filtrem.

No i nareszcie, Sajgon!!! Stolica Wietnamu Południowego, obecnie Ho Chi Minh City. Co tu zwiedzać? Wszystko! Warto odwiedzić wszystkie muzea związane z wojną. Dla kolekcjonerów Dan Sin Market, to obowiązkowe miejsce, a dla wszystkich Ben Thanh Market, katedra, a obok niej gmach poczty (wszystko w kolonialnym stylu). Niedaleko jest również miejsce skąd odlatywały ostatnie helikoptery w 1975 r. Jest co zwiedzać!





My zobaczywszy to wszystko wybraliśmy się na jedną z dwóch wycieczek w okolice miasta. Pierwsza to okolice Żelaznego Trójkąta, Tay Ninh z przepiękną świątynia sekty Cao Dai, Dau Thieng, miejsce gdzie w 1967 roku stacjonował weteran US Army, z którym nosimy to samo nazwisko, no i miejsce obowiązkowe dla wszystkich -  kompleks tuneli w Cu Chi wraz ze strzelnicą, gdzie można postrzelać z autentycznej broni używanej w konflikcie wietnamskim, AK47, M1, M16 a także M60.






Wycieczka na jeden dzień, ale nie można z niej zrezygnować, to punkt obowiązkowy!
Drugim miejscem, do którego można się wybrać to delta Mekongu, miejsce do którego i my pojechaliśmy, raz, bo warto, po drugie aby odwiedzić teścia Polaka, który prowadzi w Wietnamie polsko-wietnamski biznes.



Plan wycieczki był taki, dojechać na miejsce, rozgościć się u teścia, wsiąść na łódkę i kanałami dopłynąć do Ap Bac, miejsca pierwszego starcia Armii Południowego Wietnamu z Vietcng’iem. Na miejscu zwiedziliśmy mauzoleum bohaterów bitwy, małe muzeum i znów kanałami wróciliśmy do teścia. 

Tam czekała nas kolejna atrakcja, a mianowicie budowa mostu. W zabawie tej nie brałem udziału ze względu na gorączkę jaka mnie dopadła tego dnia rano, zachodziło podejrzenie malarii, ale tabletki kupione na lokalnym ryneczku za 10 000  Dongów uratowały sytuację i na wieczorną biesiadę byłem pełen energii.


Biesiada w stylu „lokalnym”, trochę ryb, mały prosiaczek, owoce, ryż, lokalne piwo i ryżowy bimber. Gospodarz miał za sobą historię, która może reprezentować historię kraju. W młodości służył w armii Południa, pod koniec wojny został ranny i porzucony przez swoich, cudem uratowany, został przez swoich rodziców wciągnięty to partyzantki, w której oni byli już od dawna. I tak z przegranej strony, przeszedł na stronę wygranych i nie musiał doświadczyć represji, ale wróćmy do biesiady.



Poza jedzeniem były również śpiewy z klaskaniem. Gospodarz nas obserwował i ci z nas, którzy niewystarczająco energiczne klaskali ,karani byli przymusem wypicia na raz połowy lub całego piwa. Postanowiłem uniknąć kary i klaskałem bardzo energicznie, ale ku mojemu zdziwieniu, również musiałem wypić piwo „na raz”. Okazało się że kara dosięga zarówno tych ociągających się, jak i nadgorliwców. Podejrzewaliśmy, iż takie kary mają na celu szybsze zakończenie imprezy. Niestety gospodarz się przeliczył i sam zasnął w przysłowiowej sałatce kiedy my jeszcze balowaliśmy. Następnego ranka zjedliśmy śniadanie i dziękując za gościnę wróciliśmy do Sajgonu.

W Sajgonie przebywaliśmy jeszcze kilka dni, po czym samolotem polecieliśmy do Hanoi , aby tam przesiąść się na samolot do Warszawy.
Podsumowując, Wietnam to piękny kraj, z pogodnymi i gościnnymi ludźmi, pięknymi dziewczynami. Jest stosunkowo tani, pomijając koszty dostania się do niego, wart odwiedzenia przez każdego, czy pasjonata historii, czy podróży.

środa, 5 kwietnia 2017

Moje hiszpańskie wakacje :)



HOLA ! 



Witajcie ponownie ! Pogoda nadal dopisuje, zatem pozostańmy w tym ciepłym, egzotycznym klimacie i przenieśmy się do pięknej, gorącej Hiszpanii !
Nie da się ukryć, iż Hiszpania to jedna z głównych destynacji obieranych przez turystów z całego Świata przede wszystkim ze względu na walory turystyczno - krajobrazowe, ale także dzięki panującemu tam, ciepłemu klimatowi. W związku z tym, że jesteśmy grupą studentów, którzy uczestniczą w dużej liczbie wyjazdów, zwracamy również uwagę na możliwość imprezowania… Wierzcie nam, nie ma lepszych imprezowiczów niż sami Hiszpanie !!! :D
Hiszpania,to nie tylko Madryt i Barcelona… w tym wpisie skupiamy się na dwóch kurortach turystycznych: TOSSA DE MAR i LLORET DE MAR. 

Piękne widoki, hotel przy hotelu, plaża pełna turystów, miasto żyjące 24 godziny na dobę ! Pomyślicie pewnie… IDEALNIE! I macie rację :)















Cieplutko, cieplutko, a więc na plażę ! Oto słynne hiszpańskie wybrzeże Costa Brava położone w terenie Katalonii w jej północno – wschodniej części, wzdłuż Morza Śródziemnego. Co ciekawe, z  tego miejsca organizowane są rejsy statkiem ze szklanym dnem, do sąsiedniego Tossa de Mar, równie piękne, turystyczne miasteczko.






















Jeszcze tylko momencik na uwiecznienie zdjęcia z PALMĄ i możemy wybierać się na nasz statek i podziwiać rybki !





















Jest i nasz podwodny świat, który można obserwować w trakcie rejsu. Przejrzysta woda powoduje, że widoki są naprawdę niesamowite ! Szczególne zainteresowanie było głównie wśród … DZIECI, które swoje zadowolenie okazywały na różne sposoby.


















Oprócz podziwiania życia pod wodą, skupialiśmy się także na otaczającym nas krajobrazie.  Sprzyjająca pogoda dodała nam jeszcze większych chęci na zwiedzanie ! W oddali widzimy plażę, na którą się udałam, znajduje się ona w Tossa de Mar.
























Tossa de Mar to jedno z najpiękniejszych miast w Hiszpanii, którym zachwycają się zarówno turyści jak i znani artyści z całego świata, np. aktorka Ava Gardner – zauroczona jego klimatem, pięknymi uliczkami i przyjazną atmosferą. Pierwszym skojarzeniem, które przychodzi na myśl o Tossa de Mar jest miasto otoczone kamiennymi murami z górującym nad nim zamkiem. Ponadto warte uwagi są brukowane uliczki, specyficzne budynki mieszkalne oraz duża liczba kawiarenek, restauracji, sklepików a także RZESZA TURYSTÓW przemieszczających się w każdym zakątku miasteczka.
Oto wspomniany wcześniej zamek mający chronić miasteczko przed piratami ! Tak opowiadają mieszkańcy Tossa de mar :)































I pomyślcie, że takie uliczki znajdują się tam prawie na każdym kroku ! Sama przyjemność dla oka i dla ducha ! Dookoła zadbana, kwitnąca roślinność, pięknie komponująca się kolorystycznie z budynkami i chodnikami...






















Powróćmy już do naszego Lloret de Mar, aby zaprezentować jeszcze nocne życie w mieście, ważne dla nas – studentów ! :)





















Gotowi na poznanie miasta nocą !? Na zdjęciu to tylko niewielka część ,,imprezowiczów” … w rzeczywistości byliśmy w dwa razy większym tłumie. Gdy tylko robi się ciemniej, słychać głośną muzykę grającą z klubów muzycznych. Ciężko było nam wybrać lokal, w którym zostaniemy całą noc., bo było ich mnóstwo.  Co ważne, nie byliśmy świadkami żadnej ulicznej awantury, ludzie naprawdę bawili się świetnie, a my razem z nimi. Poczuliśmy przyjazną atmosferę oraz bezpieczeństwo. 



Wyjazd był w pełni udany ! Dodam również, że organizowany był przez kutnowskie biuro podróży HenTour , a 8-dniowy pobyt wyniósł nas 1600 zł,wliczając w to koszty transportu. Transport był autokarem, zakwaterowanie w 4 gwiazdkowym hotelu wraz ze śniadaniami. Dodatkowo wydatki swobodne wyniosły nas ok. 400 euro. Choć początkowo myśleliśmy, że podróż autokarem będzie długa i męcząca, okazało się to błędne ! W dobrym towarzystwie czas mija szybko i przyjemnie nawet jadąc autokarem ! Wystarczy odrobina kreatywności i pozytywnego nastawienia !Te dwa miejsca są godne polecenia i na pewno staną się niejednokrotnie celem naszej wakacyjnej wyprawy !Jeśli również tam byliście, piszcie i chwalcie się w komentarzach
:)

Natka.