Goooooooood
morning, Vietnam !
Hey, this is not a test! This is rock and roll! Time to rock it from the Delta
to the D.M.Z.!
Domyślacie się już pewnie, gdzie dziś
będziemy podróżować... Do Wietnamu, kraju, który w Polsce znany jest dzięki
wojnie i filmom o niej, a dla starszych palących czytelników, również dzięki
papierosom, które swego czasu nie były na kartki.
Dlaczego akurat Wietnam? Wiecie ile razy
musiałem odpowiadać na to pytanie, gdy zdradzałem cel swojej podróży?
Od kilkunastu lat zbieram umundurowanie i
wyposażenie wojsk amerykańskich z okresu konfliktu wietnamskiego, a od kilku
również udzielam się w rekonstrukcji tego okresu i uważam, że tak jak każdy muzułmanin musi
chodziaż raz odwiedzić Mekke, tak każdy rekonstruktor, choć raz powinien
pojechać do Wietnamu.
Czy jechać z biurem podróży, czy
organizować sobie wyjazd samemu? Z biurem podróży wszystko jest załatwione,
zorganizowane i zabezpieczone, wszystko poza kieszonkowym i biletami do muzeów,
których nie brakuje.
Wyjazd organizowany samemu niesie za sobą
pewne niedogodności, choćby załatwienie sobie wiz do Wietnamu, ale ma też dużo
plusów. Nie jest się ograniczonym programem wycieczki, można zwiedzać co się
chce i kiedy chce , spać tam gdzie jest taniej, no i najważniejsze, wycieczka
organizowana samemu jest o około 1000 USD tańsza od wycieczki z biura (21 dni z
biura, kontra 23 prywatnie).
Przed wyjazdem warto również się
zaszczepić, nie ma obowiązku, ale ryzyko wystąpienia żółtaczki A i B, polio,
tężca jest znakiem, że warto poddać się szczepionce. No ale dość wprowadzenia,
w drogę!
Pierwszym, niesamowitym przeżyciem był sam
start i lot samlotem. Ci, którzy to przeżyli, wiedzą o czym mówię, pozostałym
nie będę opisywał, niech przeżyją to sami.
Nie będę wspominał o „rozbiciu” barku
Skyshop, o poczęstunku nudlami przez stewardessy, wspomnę tylko, że kiedy
przelatywaliśmy gdzieś nad Afganistanem, a cały samolot spał postanowiłem
pooglądać widoki za oknem. Nie mogłem się od nich oderwać, kiedy stanął nade mną steward i poprosił o zasłonięcie
okna, odpowiedziałem mu na to, że nie mogę bo za oknem jest tak pięknie.
Pięknie? Zwykły widok, odpowiedział
steward. Proszę pana, dla pana to jest chleb powszedni, lata pan codziennie, a
ja lecę pierwszy raz i jest to dla mnie niesamowity widok i przeżycie. Steward
zniknął, po chwili wrócił i mówi: Włączyłem dla Pana wizualizację naszego lotu,
by mógł pan widzieć gdzie jesteśmy. I rzeczywiście, tam gdzie zwykle wyświetla
się filmy, zobaczyłem mapę świąt i mały przesuwając się samolocik.
Wylądowaliśmy w Hanoi (ja i mi podobni
zapaleńcy), przeszliśmy wszystkie procedury
i pierwszy raz wyszliśmy na wietnamską ziemię. Mógłbym teraz zacząć
rozpisywać dzień po dniu, godzinę po godzinie, ale kto z Was by to przeczytał
do końca... także skupię się na planie wycieczki i ważniejszych
miejscach/wydarzeniach.
Hanoi okazało się chłodniejszym miejscem,
niż Wietnam jaki sobie wyobrażałem, ale mimo to było ciepło, za to ludzie o
wiele cieplejsi. Zarówno ci w hotelu, jak i ci spotkani na ulicy. Kto z nas zaprosiłby obcych ludzi kupujących
piwo w sklepie jego rodziców na skromną kolacje i długą pogawędkę (pozdrowienia
dla pani Kasi, niestety Wietnamskiego odpowiednika imienia zapomniałem)?
W samym Hanoi warto zwiedzić starsze
części miasta, oczywiście muzeum wojny, a dla prawdziwych „maniaków”
poszukiwania szczątków zestrzelonych bombowców amerykańskich będą istną frajdą.
Hanoi to też dobry punkt wypadowy do
zatoki Ha Long, by zwiedzić znajdujące się tam jaskinie, zobaczyć „Zęby Smoka”
i rozkoszować się niesamowitymi widokami. Wizyta w zatoce może być jednodniowa,
ale dla wilków morskich jest możliwość nocowania na łodzi.
Na północy można też odwiedzić miejsce
francuskiej porażki pod Dien Bien Phu, jednak my tego nie uczyniliśmy i po
kilku dniach w stolicy Wietnamu wsiedliśmy w samolot i polecieliśmy do dawnej
stolicy Hue.
Mój drugi lot samolotem, widoki równie
piękne, a po wyjściu na płytę lotniska szok. Ktoś rzucił we mnie wilgotną,
gorącą szmatą. Znalazłem się w Wietnamie jaki sobie wyobrażałem.
Z lotniska do hotelu dostaliśmy się
taksówką, która również była zamówiona z Polski. Na miejscu okazało się iż pokój, w którym
mamy mieszkać nie ma okna, więc zagroziliśmy przeniesieniem się do innego ( nie
ma z tym żadnego problemu, jeden hotel stoi obok kolejnego, także bez problemów
znajdziecie coś dla siebie), co poskutkowało obniżeniem ceny i przeniesieniem
do pokoju z oknem.
Co warto zwiedzić w Hue? Wszystko, a na
pewno cytadelę, o którą w 1968 roku, toczyły się ciężkie walki, jak i o całe
miasto. Jest to również doskonały punkt wypadowy do DMZ (strefy
zdemilitaryzowanej z czasów konfliktu), w której punktem obowiązkowym jest Khe Sanh, dawna baza amerykańskiej Piechoty
Morskiej (Wietnamczycy prężnie ją odbudowywuja, także z roku na rok można
zobaczyć więcej), a także do kompleksu tuneli w Vịnh Mốc.
Będąc w Hue, postanowiliśmy wybrać się
również na Hamburger Hill, wzgórze, o które walczyła 101 Dywizja
Powietrznodesantowa w maju 1969 roku. Nazwa wzgórza wynika z ilości strat
poniesionych przy jego zdobywaniu.
I podczas tej wycieczki mieliśmy kolejną
przyrodę wartą wspomnienia, a mianowicie po dojeździe gdzieś w okolice
wspomnianego wzgórza (kierowca z hotelu nie tylko nie znał angielskiego, ale
również terenu) zostaliśmy zatrzymani przez lokalne władze i poinformowani, że
nasz cel jest niebezpiecznym miejscem dla turystów i nie możemy dalej jechać.
Możemy się tylko rozejrzeć po okolicy wioski, w której zostaliśmy zatrzymani.
Tak blisko, a tak daleko, co robić,
wysiedliśmy z samochodu i poszliśmy na spacer po okolicy, w końcu w Polsce tego
nie zobaczymy. Po około 20 minutach spaceru otrzymałem telefon z hotelu
(pierwsza rzeczą po wyjściu z hotelu w Hanoi, była wymiana pieniędzy i zakup
kart prepaid) o tym, iż jesteśmy w dużym niebezpieczeństwie i musimy
natychmiast wracać do samochodu. Nie
bardzo wierząc w to niebezpieczeństwo, wróciliśmy do miejsca gdzie powinien na
nas czekać kierowca. I tu kolejna niespodzianka, kierowca czekał z dwoma
smutnymi panami, z którymi pojechaliśmy na lokalny posterunek.
Tam po zamknięciu za nami bramy na kłódkę,
spędziliśmy około godziny, podczas której nasz kierowca był a to zapraszany do
środka, a to znów odsyłany na zewnątrz, za każdym razem ze smutniejszą miną. W
końcu po godzinie niepewności ruszyliśmy za kolejnym smutnym panem , który
wyglądał jakby miał się upewnić, czy na pewno pojedziemy do hotelu. Niestety,
odprowadził on nas na kolejny ( chyba
bardziej ważny) posterunek, na którym spędziliśmy kolejne dwie godziny, a nasz
kierowca musiał sam sobie wypisać mandat. 1 000 000 dongów!!! Po tym
akcie samokrytyki mógł już nas odwieść do Hue.
Po powrocie do hotelu, dopytaliśmy
recepcjonistkę o co poszło. Ta jednak nie umiała nam wyjaśnić sprawy, ale
powiedziała, że kierowca nie tylko został ukarany mandatem, ale także stracił
uprawnienia do kierowania/przewożenia osób na trzy dni. W feralnej wyprawie
brało udział 11 osób nie licząc kierowcy, a że mandat był winą także
naszą, każdy wyciągnął 100 tysięcy
dongów (20 000 to wtedy 1 USD) i wręczyliśmy 1 100 000 kierowcy.
Nie wiem czy widziałem w życiu weselszego człowieka.
Kiedy po kilku dniach znów poprosiliśmy
recepcjonistę o organizacje dla nas samochodu, ta poprosiła byśmy tym razem
jednak zrezygnowali z zakładania na wyjazd “zielonych” rzeczy.
W Hue, podobnie jak w Hanoi, spędziliśmy
kilka dni i ruszyliśmy w dalszą drogę. Tym razem nocną !!! Hue-Nha Trang.
I tu ciekawostka, zarówno wchodząc na
peron kolejowy, jak i wychodząc z pociągu trzeba mieć bilet, gdyż na stacji
docelowej, na peronie jest on również sprawdzany.
Co zobaczyć w Nha Trang? Wszystko! A na
pewno warto wybrać się do parku rozrywki Vinpearl, zobaczyć plaże i dowiedzieć
kilka miejscowych klubów. Osobiście polecam drinka Oasis Bucket, w klubie
Oasis, jako że jest prowadzony przez Australijczyków, ma też jedną z lepszych i
czystszych toalet.
Nha Trang, to tez świetna baza wypadowa na
płaskowyż centralny, Kontum, Pleiku, jak i Da Lat. Górska miejscowość z
rezydencją ostatniego cesarza Wietnamu, Bao Dai’a. Miejscowość warto zwiedzić
również ze względu na malownicze położenie, kolonialną architekturę i miejscowy
rynek, na którym można zobaczyć najbardziej kolorowe owoce i najdziwniejsze
zwierzęta oraz owoce morza. Na miejscu zjedliśmy zupę Pho, wietnamski
przysmak i zakupiliśmy na drogę
kandyzowane owoce.
Droga powrotna na wybrzeże była o wiele
bardziej emocjonująca, niż w góry. Z paru powodów. Wracaliśmy kiedy zaczynało
się już ściemniać, zaczął padać deszcz, niebezpieczniej jest zjeżdżać w dół, a
kierowca poczęstowany kandyzowanymi owocami, nie wiadomo czy przez nie, czy
przez sms’a od żony, gnał na złamanie karku.
W pewnym momencie bus podzielił się na
dwie frakcje, tą, która chciała wysiąść lub w najgorszym wypadku żądała
znacznego zwolnienia i tą, do której należałem ja, która dawała kierowcy
kolejne kandyzowane owoce i liczyła wymijane samochody. Dla mojej frakcji,
każdy postój był utratą cennych sekund i miejsc w “wyścigu”.
Czytając te slowa, domyślacie się że
“wyścig” ukończyliśmy, jednak ponieważ grupa niezadowolonych z jazdy była
większa, poza owocam zjedzonymi po drodze, kierowca nie dostał żadnego napiwku.
Następnym przystankiem naszej podróży miał
być Sajgon czyli Ho Chi Minh City, jednak okazało się, że jeden z nas ma kuzyna
w Mui Ne, a ten prowadzi pensjonat i można się tam zatrzymać. Tak więc
ruszyliśmy w drogę…sleepingbusem, czyli autokarem, w którym nie ma miejsc
siedzących poza dwoma na przodzie, a pasażerowie leżą na piętrowych leżankach.
Leżanki te zostały jednak przystosowane do wzrostu Wietnamczyków i osoby
wysokie miały ograniczony komfort podróży.
Mui Ne, to resort z prawdziwego zdarzenia,
miejscowość położona po dwóch stronach
drogi prowadzącej do Ho Chi Minh City i ciągnącaj się wzdłuż wybrzeża.
Czysto turystyczna i wypoczynkowa, bez atrakcji architektonicznych, ale
uznaliśmy to jako przystanek i trzy dni czystego relaksu. Plaża, morze, pensjonat, basen, restauracja i
tak na zmianę. Odkryliśmy tam przesmaczny rum z limonek w cenie 90 000 za
0.7 l, a także sok z liścia aloesu, działający łagodząco na oparzenia
słoneczne, których nabawiliśmy się po całym dniu zabawy w basenie.
Kiedy po trzech dniach szliśmy na przystanek autobusowy, aby
dokończyć naszą podróż do Sajgonu, niosłem swój bagaż na głowie, bo było to
jedyne miejsce, które nie piekło, tak więc używajcie kremu z filtrem.
No i nareszcie, Sajgon!!! Stolica Wietnamu
Południowego, obecnie Ho Chi Minh City. Co tu zwiedzać? Wszystko! Warto
odwiedzić wszystkie muzea związane z wojną. Dla kolekcjonerów Dan Sin Market,
to obowiązkowe miejsce, a dla wszystkich Ben Thanh Market, katedra, a obok niej
gmach poczty (wszystko w kolonialnym stylu). Niedaleko jest również miejsce
skąd odlatywały ostatnie helikoptery w 1975 r. Jest co zwiedzać!
My
zobaczywszy to wszystko wybraliśmy się na jedną z dwóch wycieczek w okolice
miasta. Pierwsza to okolice Żelaznego Trójkąta, Tay Ninh z przepiękną świątynia
sekty Cao Dai, Dau Thieng, miejsce gdzie w 1967 roku stacjonował weteran US
Army, z którym nosimy to samo nazwisko, no i miejsce obowiązkowe dla wszystkich
- kompleks tuneli w Cu Chi wraz ze
strzelnicą, gdzie można postrzelać z autentycznej broni używanej w konflikcie
wietnamskim, AK47, M1, M16 a także M60.
Wycieczka na jeden dzień, ale nie można z
niej zrezygnować, to punkt obowiązkowy!
Drugim miejscem, do którego można się
wybrać to delta Mekongu, miejsce do którego i my pojechaliśmy, raz, bo warto,
po drugie aby odwiedzić teścia Polaka, który prowadzi w Wietnamie
polsko-wietnamski biznes.
Plan wycieczki był taki, dojechać na
miejsce, rozgościć się u teścia, wsiąść na łódkę i kanałami dopłynąć do Ap Bac,
miejsca pierwszego starcia Armii Południowego Wietnamu z Vietcng’iem. Na miejscu
zwiedziliśmy mauzoleum bohaterów bitwy, małe muzeum i znów kanałami wróciliśmy
do teścia.
Tam czekała nas kolejna atrakcja, a
mianowicie budowa mostu. W zabawie tej nie brałem udziału ze względu na
gorączkę jaka mnie dopadła tego dnia rano, zachodziło podejrzenie malarii, ale
tabletki kupione na lokalnym ryneczku za 10 000 Dongów uratowały sytuację i na wieczorną
biesiadę byłem pełen energii.
Biesiada w stylu „lokalnym”, trochę ryb,
mały prosiaczek, owoce, ryż, lokalne piwo i ryżowy bimber. Gospodarz miał za
sobą historię, która może reprezentować historię kraju. W młodości służył w
armii Południa, pod koniec wojny został ranny i porzucony przez swoich, cudem
uratowany, został przez swoich rodziców wciągnięty to partyzantki, w której oni
byli już od dawna. I tak z przegranej strony, przeszedł na stronę wygranych i
nie musiał doświadczyć represji, ale wróćmy do biesiady.
Poza jedzeniem były również śpiewy z
klaskaniem. Gospodarz nas obserwował i ci z nas, którzy niewystarczająco
energiczne klaskali ,karani byli przymusem wypicia na raz połowy lub całego
piwa. Postanowiłem uniknąć kary i klaskałem bardzo energicznie, ale ku mojemu
zdziwieniu, również musiałem wypić piwo „na raz”. Okazało się że kara dosięga
zarówno tych ociągających się, jak i nadgorliwców. Podejrzewaliśmy, iż takie
kary mają na celu szybsze zakończenie imprezy. Niestety gospodarz się
przeliczył i sam zasnął w przysłowiowej sałatce kiedy my jeszcze balowaliśmy.
Następnego ranka zjedliśmy śniadanie i dziękując za gościnę wróciliśmy do
Sajgonu.
W Sajgonie przebywaliśmy jeszcze kilka
dni, po czym samolotem polecieliśmy do Hanoi , aby tam przesiąść się na samolot
do Warszawy.
Podsumowując, Wietnam to piękny kraj, z
pogodnymi i gościnnymi ludźmi, pięknymi dziewczynami. Jest stosunkowo tani,
pomijając koszty dostania się do niego, wart odwiedzenia przez każdego, czy
pasjonata historii, czy podróży.























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz